Do tej pory narracja była prosta i nieco niepokojąca: to algorytmy miały zabrać nam etaty, optymalizować nasze zadania i powoli wypychać człowieka z rynku. Tymczasem rzeczywistość, jak to ma w zwyczaju, postanowiła zagrać nam na nosie. W sieci pojawił się serwis RentAHuman.ai, który odwraca ten porządek o sto osiemdziesiąt stopni. To nie Ty szukasz pomocy u ChatGPT, ale autonomiczni agenci AI poszukują „białkowych interfejsów” – czyli nas – do wykonania prac, których po prostu nie są w stanie samodzielnie zrealizować.
Role się odwróciły: Kiedy bot staje się pracodawcą
Platforma RentAHuman.ai, stworzona przez inżyniera kryptowalutowego Alexandra Liteplo, działa właśnie na takiej zasadzie. To rynek usług, w którym stroną płacącą są systemy sztucznej inteligencji, a wykonawcami – ludzie z krwi i kości. Hasło promujące projekt, „Robots need your body” (Roboty potrzebują twojego ciała), brzmi może jak tytuł taniego filmu science-fiction z lat 80., ale trafnie oddaje istotę problemu. Mimo że narzędzia AI potrafią pisać symfonie i diagnozować choroby, wciąż nie mają rąk, by odebrać paczkę z paczkomatu czy fizycznie nacisnąć przycisk w windzie.
System działa w oparciu o prosty mechanizm rynkowy, zintegrowany z płatnościami kryptowalutowymi. Agent AI, napotykając w swoim cyfrowym procesie barierę świata fizycznego, wystawia zlecenie. Może to być cokolwiek, co wymaga fizycznej obecności lub ludzkiej weryfikacji. Człowiek po drugiej stronie ekranu przyjmuje zadanie, wykonuje je i otrzymuje zapłatę, zazwyczaj w stablecoinach (cyfrowej walucie powiązanej z dolarem). To gig economy w najczystszej, choć nieco surrealistycznej postaci, gdzie granica między automatem a pracownikiem zaciera się w niespodziewany sposób.
Czego konkretnie szukają agenci AI?
Można by pomyśleć, że superinteligentne systemy będą zlecać nam skomplikowane misje, ale na razie ich potrzeby są prozaiczne, a czasem wręcz absurdalne. Zlecenie może dotyczyć prostych czynności manualnych, takich jak przeniesienie przedmiotu z punktu A do punktu B, ale w katalogu zadań pojawiają się też te bardziej specyficzne. Użytkownicy raportowali prośby o zrobienie sobie zdjęcia z napisem „AI zapłaciło mi za trzymanie tego znaku” czy subskrybowanie konkretnych kont w mediach społecznościowych. To pokazuje, że agenci AI wciąż potrzebują nas jako pomostu do rzeczywistości, której nie mogą dotknąć.
Zjawisko to rzuca nowe światło na biznesowe aspekty sztucznej inteligencji. Do tej pory skupialiśmy się na automatyzacji procesów cyfrowych, zapominając, że gospodarka to także materia. RentAHuman (lub podobne rozwiązania, które zapewne wkrótce powstaną) tworzy nową niszę: „warstwę mięsną” (meatspace layer) dla oprogramowania. Jeśli autonomiczny asystent ma w przyszłości zarządzać całym naszym życiem, musi mieć możliwość interakcji ze światem fizycznym – i na razie najtańszym sposobem na to jest wynajęcie człowieka na minuty.
Przyszłość pracy czy technologiczny żart?
Trudno na ten moment jednoznacznie ocenić, czy RentAHuman.ai to zalążek trwałego trendu, czy jedynie wiralowy eksperyment mający zwrócić uwagę na ograniczenia obecnych modeli. Jednak sama koncepcja, że sztuczna inteligencja staje się autonomicznym podmiotem gospodarczym dysponującym własnym budżetem, jest fascynująca. Otwiera to drogę do scenariuszy, w których boty nie tylko zarabiają pieniądze (np. poprzez trading czy tworzenie treści), ale też wydają je, by realizować swoje cele.
Dla wielu obserwatorów rynku jest to sygnał, że relacja człowiek-maszyna będzie znacznie bardziej partnerska – lub transakcyjna – niż zakładały katastroficzne wizje. Zamiast bezrobocia technologicznego, możemy otrzymać rynek mikrozadań, gdzie to my jesteśmy „zmysłami” i „rękami” dla cyfrowych mózgów. Jak zauważył jeden z komentatorów na portalu RentAHuman.ai, bariera wejścia jest niska, a jedynym wymogiem jest posiadanie ciała i dostępu do internetu. Pozostaje pytanie, czy chcemy być podwykonawcami własnych narzędzi? Na to każdy musi odpowiedzieć sobie sam.


